środa, 17 stycznia 2018

DIY: Czerwona, długa spódnica na zakładkę i crop top po góralsku, czyli stary obrus i góralska chusta w rękach Gąsienicowej.


Obiecałam, że jeśli kiedyś wyjdzie mi coś fajnego z Kariną (klik) w duecie, to Wam tu pokażę. I po wymienieniu wszystkich firanek i pościeli, porwałam się z motyką na księżyc i postanowiłam sobie uszyć nowe wdzianko do roboty. Na wstępie nawet przez myśl mi nie przeszło, że mogę tego nie uszyć, po dwóch godzinach przewracania materiału z prawej na lewą stronę nie byłam już taka pewna, a kiedy pocięłam chustę, wiedziałam, że jednak nie jest to takie proste, jak mi się wydawało. (I w sumie, gdyby nie to, że ją pocięłam i zniszczyłam, to pewnie, gdybym przemyślała realny stopień trudności, na pewno nie zabrałabym się za to.) Ale pamiętajcie, jak się czegoś bardzo chce się, to się da, hej.

Do dzisiejszego DIY potrzebowałam:
- chusty w kwiaty, do której mam ogromny sentyment, bo przeżyła ze mną rok służbowego melanżu, co pewnie nie raz widzieliście na Instagramie,
- czerwony materiał, mój pierwotnie był obrusem, jednak przy każdym dotknięciu się brudził, więc był mało praktyczny, potem był zasłaniającą kotarką przy meblach, aż doczekał się wczoraj wersji ostatecznej, już raczej na nic innego go nie przerobię ;-)
- guziki.


Jak już pisałam na Instagramie, chciałam spódnicę midi, ale zapomniałam, że nie jestem top model i nie mam 180cm wzrostu. Dopiero teraz też odkryłam, że nie pokazałam Wam tyłu bluzki, jednak aktualnie jestem w szale przed Targami Ślubnymi i wrzucę tył szybko na Instagram (klik), kto ciekawy, zapraszam ;-)


Enjoy, hej, do zaś!

środa, 10 stycznia 2018

Dobre miejsce w Zakopanem: Kraina Światła na Gubałówce.

(I ja wiem, że miał być tu obiecany post o kradzionym pieńku i wiadrze za 4 złote, jednak okazało się, że Męża mojego rozłożyło przeziębienie, a ja nie mam pojęcia, czym sama mogę wyciąć w tym pieńku dziurę, żeby go całkiem nie rozwalić. W ramach rekompensaty i zachęty powiem, że z tych kilku prostych rzeczy robię fajną lampę nocną do sypialni, co zobaczycie od razu, jak tylko odnajdzie się męska ręka w naszym domu.)


A przechodząc do obecnego wpisu, dzięki uprzejmości PKL, pojechaliśmy dzisiaj zobaczyć fantastyczną atrakcję tego sezonu w Zakopanem - Krainę Światła na Gubałówce. Na szczycie, zaraz po wyjściu z kolejki, przywitał nas przepiękny blask światełek, a ja poczułam się, jak między świąteczną reklamą coca coli, oświetlonym domem Griswaldów i Kevina McCallister'a! Nie wiem, jak Wy, ale ja taki klimat uwielbiam, więc byłam w swoim żywiole. Chciałam zrobić mnóstwo zdjęć, ale musiałam pilnować Zojdy, która wraz ze swoją kumpelą z przedszkola postanowiła sprawdzić wytrzymałość każdej atrakcji, a po drugie... co to byłaby za frajda, gdybym wszystko Wam tu pokazała - sami musicie to zobaczyć! A czekają na Was choinki, konie, sanie, górali i góralki, no i piękny napis (gdyby ktoś zapomniał, gdzie się znajduje), za którym rozciąga się oświetlona panorama Zakopanego - widok bezcenny ;-)

PS Brak śniegu nie ujmuje efektu całej atrakcji, jednak potrafię sobie wyobrazić, jak tam musi być bajkowo, kiedy zakurzy. A kurzyć ma od przyszłego tygodnia fest, więc zapraszam w góry, no i oczywiście do Krainy Światła (codziennie od godziny 16.00 w godzinach pracy kolei na Gubałówkę).


PS2 Podrzucić Wam kilka fajnych miejsc w Zakopanem, gdzie warto zabrać dzieciaki? Wybieracie się na ferie do nas? ;-)

poniedziałek, 8 stycznia 2018

Łucznik Karina 910 - moja pierwsza maszyna do szycia!


Na wstępie żale, żeby nie było za kolorowo. Niedawno stwierdziłam i podtrzymuję cały czas to stanowisko, że człowiek te dobre 10 lat temu to był durny - zamiast iść do zawodówki i zostać krawcową, skończyć technikum budowlane, czy inne rzemieślnicze, to poszedł człowiek do ogólniaka, "bo wszyscy szli", przebimbał kilka lat między książkami i melanżami i teraz nie pracuje w wyuczonym zawodzie, a uczy się, robi i zarabia na tym, czego powinien uczyć się wtedy. Nie umiałabym siedzieć za biurkiem 8 godzin, za to umiałabym szyć, wyszywać i robić remonty całodobowo. I z racji takiej, że w tym roku stawiam na siebie (patrz wpis z 1 stycznia), postanowiłam pójść w kierunku tego, co mnie przysłowiowo jara.

Kto śledzi mój INSTAGRAM, ten wie, że od jakiegoś czasu prowadzę #nocneżyciegąsienicowej, kiedy to spędzam długie godziny na wyszywaniu koralikami. Bardzo mi się to podoba, chłonę wiedzę od lokalnych Babeczek i wyszywam swój pierwszy, góralski gorset. Kto widział, ten widział, że dwa prototypy zostały z hukiem wyrzucone, ale trzeci jest na wykończeniu, więc jak już mówiłam, do Bożego Ciała będzie paradnie fest. Wracając jednak do sedna dzisiejszego wpisu, postanowiłam, że pójdę o krok dalej i nauczę się szyć na maszynie. Do niedawna moje umiejętności szycia zaczynały i kończyły się na pracy, dopóki się nitka nie urwie, czyli 20 cm na prosto. I to wcale nie jest żart! Skoro szyłam te kilometry u Mamy i patrząc na to, jak mi idzie, nie widziałam najmniejszego sensu posiadania maszyny. Do kiedy? Tak naprawdę do czasu, kiedy zapłaciłam 50 złotych za wszycie taśmy ściągającej do jednej zasłony... Znacie moje podejście do wydawania takich pieniędzy. Miarka się przebrała, postanowiłam kupić maszynę. Kilka razy radziłam się Was w wyborze, kilka razy już stałam z pudełkiem przy kasie, ale ostatecznie nigdy tej maszyny nie doniosłam ze sklepu do domu. Dalej wywoziłam skrojone rzeczy 300 km do Mamy, żeby mi pozszywała i Mamie chyba dało to porządnie w kość, bo w sprytny sposób pozbyła się mnie, kupując mi Karinę pod choinkę ;-)

Mama szyje, więc Mama się zna - Karina nie jest najprostszą do obsługi maszyną, ale też nie najtrudniejszą. Mój Śwagier świadkiem, jak pewnego wieczoru przyszedł, a ja siedziałam nad maszyną z nitką w ręce, instrukcją obsługi na kolanach i otworzonym youtubem "jak założyć nitkę w Karinie". Właściwie trzy noce poświęciłam na zakładaniu tej nitki, ile mięsa rzuciłam to nie zliczę, ale teraz robię to z zamkniętymi oczami i nie rozumiem, jak mogłam tego nie załapać przez tyle lat. Szycie na prosto opanowane - wszystkie firanki wymienione na nowe, dlatego kto będzie przechodził obok chałupy Gąsieniców, to proszę się zachwycać, wbrew pozorom wcale tak łatwo na początku nie było ;-)


Nie będę wypisywać parametrów maszyny, bo kto będzie zainteresowany, szybko przeczyta na stronie producenta. 38 programów do szycia, to i tak o 37 za dużo dla mnie ;-) Jak ktoś chce tytuły filmików na youtubie, walcie śmiało na maila ;-) A ja wracam do szycia, bądźcie cierpliwi, jak coś ładnego mi wyjdzie, na pewno Wam tu pokażę.

Enjoy, hej, do zaś!

piątek, 5 stycznia 2018

WŁOSY: Ochłodzenie, tonowanie blondu - beżowy, naturalny blond Matrix Color Sync 10M.

Ostatnio dziewczyna na Instagramie zapytała mnie, którą farbę drogeryjną polecam i wtedy uświadomiłam sobie, że chyba wszystkie dostępne w drogeriach firmy już miałam na swojej głowie. Nie chwalę się wcale, bo czasami zupełnie nie było czego zbierać i pokazywać po moich eksperymentach (zresztą sami wiecie, bo trochę mnie już znacie). Jako, że od czerwca omijam fryzjerów szerokim łukiem ("Co zrobić, kiedy fryzjer zepsuje nam włosy na amen, a my jeszcze zapłacimy mu za to dwie stówy."), wróciłam do eksperymentów na dobre, jednak tym razem kupuję farby profesjonalne, bo tak naprawdę i wychodzi ładniej i taniej, trzeba tylko dobrze wybrać numery i chwilę się pobawić.

Ostatnio pokazałam Wam beż Kallos'a ("Jak stonować i delikatnie ochłodzić słoneczny blond, bez uzyskania szarych włosów? Beżowy blond, Kallos 8.0 + 9.0 + 9.1"), jednak po wypróbowaniu Matrixa, o którego istnieniu totalnie zapomniałam, kolor wyszedł tak ładny, że postanowiłam go tu pokazać i polecić dalej. Jeśli ktoś szuka naturalnego beżu, chce zniwelować, stonować, ochłodzić złoty odcień - Matrix Color Sync 10M jest do tego stworzony!

Poniżej przedstawiam Wam efekt przed i po - po lewej włosy tydzień przed koloryzacją, po prawej tuż po wysuszeniu, po farbowaniu:


Matrix Color Sync, czyli dobrze znany Matrixowy Synek, to nic innego, jak farba bez amoniaku, którą trzymamy na głowie 20 minut, działa na zasadzie ton w ton, czyli jeśli macie ciemny odrost, jak ja, musicie pozbyć się go innym sposobem. Koloryzacja ton w ton, to nic innego, jak nadanie włosom charakteru przez tonowanie - podkreślenie i nadanie brązom różnych odcieni, wyprowadzenie żółtych blondów w róże, szarości, fiolety, perły, czy jak w moim przypadku, w beż. 

Farbę mieszałam 1:1 z oksydantem, nic więcej nie kombinowałam i nie dodawałam, co jest niepodobne do mnie :-) Czytając opinie w internecie na temat tego koloru, wiele osób pisało, że wychodzi z różowym połyskiem - powiem szczerze, że coś w tym było, jakaś poświata pojawiła się przy poruszaniu czupryną, jednak zniknęła po pierwszym myciu.


Dobra rada Gąsienicowej: 
Pamiętajcie, że na pudełku jest dokładnie zaznaczony czas trzymania farby 20 min, jednak jeśli farbę z mojego polecenia będzie robić blondyna blondyna, jak ja, osobiście polecam trzymać połowę tego czasu, ponieważ kolor wychodzi beżowy, naturalny i można doznać szoku już przy samym nakładaniu farby. Lepiej pomalować dwukrotnie, w niewielkim odstępie czasu, niż potem szukać sposobu na wypłukanie farby z włosów i rzucanie we mnie pomidorami ;-) Ja osobiście trzymałam mieszankę około 20 minut, jednak następnym razem będę robić sam odrost (kolor na długości mam minimalnie jaśniejszy, niż zaraz po malowaniu) i trzymać połowę zalecanego czasu. Po 3 tygodniach mogę śmiało powiedzieć, że mam nowy, ciemny odrost, który pięknie oddziela mi się od reszty, z której farba nie wypłukała się wcale. Polecam ;-)


Enjoy, hej, do zaś!

Jeśli używałyście kiedyś innych Synków, dajcie koniecznie znać w komentarzu, kolejną koloryzację znów wykonam 10M, ale kusi mnie mocno, żeby wypróbować wszystkie :P

czwartek, 4 stycznia 2018

Birthday Girl!

https://www.instagram.com/kasia.gasienicowa/
https://www.instagram.com/kasia.gasienicowa/

Żadnych "nowy rok, nowa ja", "będę po prostu szczęśliwa", żadnej diety, siłowni i ćwiczeń od stycznia oraz, broń Boże, żadnych abstrakcyjnych postanowień nie-do-spełnienia na ten piękny rok. Nie robię sobie postanowień noworocznych, bo ja mam marzenia, które skrupulatnie i konsekwentnie odhaczam na mojej liście. A w tym roku stawiam na siebie, jakkolwiek egoistycznie to brzmi. Znajdę sobie nową pracę, w której będę zarabiać dużo dudków, będę robić sobie rzęsy, paznokcie i cycki, bez najmniejszych wyrzutów sumienia, będę podróżować w każdej wolnej chwili i dalej robić remonty w chałupie u Gąsieniców, które niesamowicie uwielbiam. A jak zarobię więcej dudków, niż planuję, to kupię sobie miętowy rower, którym nie wiem jeszcze gdzie i kiedy będę jeździć, postawię w ogrodzie szklarnię, w której będę uprawiać pomidory i podhalańskie arbuzy, w sumie również nie wiem kiedy. No, a jakby już mi się niesamowicie dobrze powiodło, to kupię sobie ziemię w okolicznej wiosce, postawię wymarzony domek i kupię 3 owce. Ach... miało wyjść śmiesznie, a naprawdę mi się te plany spodobały!

Czego Wam życzę na ten nowy rok? Przede wszystkim zdrowia, bo jak będzie zdrowie, to da się wszystko resztę załatwić. Potem uporu, konsekwencji i takiej listy realnych marzeń do spełnienia - jak się bardzo chce, to da się i można wszystko. W poniedziałek skończyłam 29 lat. Czy chciałabym cofnąć czas i coś zmienić? Myślę, że nie. Jest mi dobrze tu i teraz, i właśnie chyba tego Wam życzę najbardziej - żebyście żyli tak, by zapytani o każdej porze dnia i nocy, mogliście powiedzieć, że jest git!

Niech się nam darzy, 
Wasza stara Gąsienicowa.

piątek, 20 października 2017

Portret małżeński Gąsieniców - top 15!

 No dobra, tak naprawdę chciałam Was tu zwabić, żebyście zobaczyli zmiany w wyglądzie bloga, nad którymi chwilę dziś pracowałam, ale skoro już tu jesteście, to pokażę Wam w tajemnicy, jak wyglądają Gąsienice na obecnie 15 NAJLEPSZYCH wspólnych zdjęciach! ;-)


Enjoy!

środa, 4 października 2017

Recenzja wózka Graco Evo, czyli nie kupuj go, zanim tego nie przeczytasz.


Dziś, po 7 miesiącach użytkowania, postanowiłam napisać Wam dwa zdania na temat tego wózka, ponieważ dostaję ostatnio dużo zapytań o niego na Instagramie. Ponownie nie będę podsumowywać szczegółowych parametrów i danych technicznych, a to, na co zwracałam uwagę przy wyborze tego modelu oraz to, co najbardziej podoba mi się i przeszkadza w tym wózku. Nie będę również podsumowywać wózka w wersji głębokiej (z gondolą), ponieważ używałam go jeden dzień, po czym przesadziłam Staszka do spacerówki.


Plusy spacerówki Graco Evo:

 - Jest lekki, po złożeniu zajmuje naprawdę mało miejsca (zapewne sprawia takie wrażenie przez małe koła, w porównaniu z moim poprzednim wózkiem), przy wyjazdach rzeczywiście pakujemy dużo więcej walizek i toreb (tym razem już przy dwójce dzieci), więc ten plus nie zmienił się i nie mogę Evo nic zarzucić.

- Duża buda w spacerówce, czyli jedna z ważniejszych dla mnie rzeczy. W wózku ma być odpowiednia buda, która ochroni przed słońcem i odpowiednia, by czasem zamknąć Staszka, jak się drze i robi cyrk na ulicy. I Graco Evo taką budę ma, hej.

- Ogromny kosz pod wózkiem. W sumie na początku wspominałam Wam, że zmieści dwie pełne siatki z Biedry, ale pójdę o krok dalej i powiem Wam, że bardzo dużo razy, w wyżej wymienionym koszu jechała 15 kilowa Zojda, i po pierwsze, kosz przetrwał i nic mi się nie stało, a po drugie, Zojdzie się podobało ;-) A szczęśliwe i spokojne dzieci to równie szczęśliwa matka, prawda?


- Wysoka rączka, czyli wózek dobry dla wysokich osób. Co prawda nie ma regulacji, jednak jak na Lucę mój 196 centymetrowy mąż narzekał, tak Evo, pod tym względem jest zachwycony.


Minusy:

- Nie posiada amortyzatorów, więc jest sztywny, powiem wręcz, że okropnie sztywny. Na nieszczęścia dla dzisiejszej recenzji, przed Evo używaliśmy Bebetto Luca (zapraszam do odpowiedniej zakładki, gdzie recenzuję tamten wózek), wózka dużego, ale niesamowicie dobrze przystosowanego do bujania, telepania, jazdy terenowej, usypiania jedną nogą przez kołysanie itp. itd., czyli do normalnych czynności, które wykonuje normalna matka z dzieckiem. Jeśli siedzicie na kanapie i chcecie pobujać dzieckiem w Evo, to najpierw weźcie taśmę i przyklejcie dziecko do wózka, a następnie obłóżcie trasę dookoła materacami, bo na bank wózek Wam się przewróci. Jak napisałam kilka dni po zakupieniu wózka, szybka, dynamiczna jazda w przód i w tył to jedyne, co Graco może zaoferować w tym temacie.

- Nie jest to wózek terenowy, jest to wózek na zakupy w galerii.  Myślę, że to zdanie idealnie go opisuje - Lucą jeździłam po górskich dolinach, krzakach i strumieniach, ba! pewnie i wyjechałabym na Giewont, a Evo poddało się w nizinnym lesie, na ścieżce z szyszkami. Na chodnikach, przy pokonaniu każdego dołka czy nierówności, trzeba sprawdzać, czy dziecko nadal jest w wózku, a później, czy wózek jest cały. Ale żeby nie było, że tragedia do końca, Graco Evo o wiele lepiej sprawdza się przy manewrach w sklepach, co zdecydowanie ułatwia życie matkom, mającym dostęp do galerii handlowych (tak, tu perfidnie chciałam zaznaczyć, że galeria na Krupówkach wciąż jest zamknięta).


 - Dla każdej pedantki minusem będzie aluminiowa, matowa rama, która brudzi i rysuje się przy każdym dotknięciu. Być może jest to moja fanaberia, ale znów powołam się na białą ramę w Luce, która nie dość, że po dwóch latach miała jedną rysę, to dało się ją od razu zlikwidować zwykłą białą farbą do metalu. Po pół roku użytkowania Graco Evo już dzisiaj wiem, że dalej do sprzedaży raczej nie pójdzie... ;-)

- Piankowa rączka i pałąk - Mam znajomą, która kiedyś mnie przed tym ostrzegała, ale wiecie jak to ja, trudno mi niektóre rzeczy przetłumaczyć, muszę sprawdzić sama. No i sprawdziłam - piankowa rączka chłonie wilgoć i nawet w pochmurny dzień jest wrażenie, że jest mokrą gąbką. Pałąk to istna tragedia, ale pod innym względem - nie wiem, czy z moim Staszkiem jest coś nie tak, ale on na nim ostrzy sobie zęby, przez co pałąk jest pogryziony, obgryziony, ma wygryzione dziury i wygląda tak tragicznie, że muszę na dniach obszyć go jakimś materiałem. Ile z tej pianki znalazło się w Staszka brzuchu? Myślę, że wszystko.

PODSUMOWANIE:

Można by zapytać: czego się babo spodziewałaś, kupując wózek za 800zł? Dużo i nie dużo, jednak dla mnie nie wart jest nawet połowy tej ceny i na pewno nie kupiłabym tego wózka jeszcze raz. Przeraża mnie perspektywa nadchodzącej zimy, bo wiem, że wózek ten stanie w śniegu po przejechaniu metra i nic nie nawojuję. Nie mam też w planie kupna kolejnego wózka, więc tym bardziej modlę się o łagodną zimę w nadchodzącym sezonie ;-) I być może jestem zbyt wybredna, ale uwierzcie, mając ten wózek, dużo rzadziej i mniej chętnie spacerujemy ze Staszkiem, niż z Zojdą, co niech będzie podsumowaniem całego dzisiejszego wpisu ;-)