niedziela, 30 listopada 2014

MY HOME: DIY - Zimowe świeczki w swetrach.

Nie będę ukrywać, że ogromnie cieszę się, że dziś ostatni dzień listopada, miesiąca, który kojarzy mi się z wiecznym deszczem, pluchą i depresją. Grudzień (co zapewne znów powtórzę setny raz) to mój ulubiony miesiąc, który od samego początku kipi świąteczną magią, którą uwielbiam. Kiedy piszę tego posta, na Polsacie leci właśnie "Kevin sam w Nowym Jorku", co już totalnie robi mi klimat w domu ;-)

W tym roku będzie bardziej ubogo z projektami DIY HOME, które mam w planie i mogłabym Wam tu serwować hurtowo, jednak siedzę jak na szpilce i lada dzień wyląduję na porodówce, dlatego za wielkie, pachnące (i moje ukochane) gałęzie na stroiki nawet się na razie nie zabieram, za to odsyłam Was do wspomnień z tamtego roku, podsyłając linki na końcu wpisu.

Dziś na tapecie świeczki, których u mnie zawsze dużo. Za oknem mam tak piękną zimę, że postanowiłam ocieplić nieco klimat minimalistycznych ozdób, które mam w domu. W końcu grudzień zobowiązuje ;-)


 DIY:
świeczki + stare swetry (które zostały mi swoją drogą po ocieplaczach na kubki, które możecie przypomnieć sobie tu: "DIY - Ocieplacze na kubki, czyli kubki w swetrach.")


Uważam, że opisywanie, jak wycięłam pasujące paski materiału i przykleiłam do świeczek, jest tu zbędne, dlatego przedstawiam Wam poniżej efekt przed i po:


TA-DA-DAM!


Inne moje projekty HOME DIY, które (mam nadzieję) idealnie wpasują się Wam w grudniowy klimat:

http://kasia-skalska.blogspot.com/2013/11/my-home-nowe-zycie-starych-swiecznikow_11.html

http://kasia-skalska.blogspot.com/2013/11/my-home-diy-ocieplacze-na-kubki-czyli_21.html


http://kasia-skalska.blogspot.com/2013/12/my-home-diy-swiateczne-minimalistyczne_6.html

http://kasia-skalska.blogspot.com/2013/12/my-home-diy-pachnace-naturalne-i_13.html

http://kasia-skalska.blogspot.com/2013/12/my-home-diy-gaazki-w-doniczkach-czyli_14.html

http://kasia-skalska.blogspot.com/2013/12/my-home-diy-swiateczna-szyszka-w-roli_16.html


http://kasia-skalska.blogspot.com/2013/12/my-home-diy-swiateczna-szyszka-w-roli_16.html

Enjoy! ;-)

piątek, 28 listopada 2014

Kuchenne rewolucje Skalskiej: Szarlotka z budyniową pianą.


Składniki na ciasto:
3 szklanki mąki
4 żółtka
200-250g margaryny
2-3 łyżki cukru
2 łyżeczki proszku do pieczenia
3 łyżki śmietany

Składniki na masę jabłkową: 
2 kg jabłek
1 kisiel
1 łyżeczka cynamonu
1/2 szklanki cukru
1 łyżka soku z cytryny
cukier waniliowy

Składniki na pianę:
4 białka
2 łyżki cukru pudru
1 budyń waniliowy

Przyznam szczerze, że pomysł na opublikowanie tego przepisu tu pojawił się wtedy, kiedy już miałam gotowe ciasto, podpieczony spód i zaczęłam wykładać masę jabłkową - od tego momentu też, możecie zobaczyć efekty na zdjęciach. Myślę jednak, że nikt nie będzie miał problemu z wyrobieniem ciasta, obraniem i posiekaniem jabłek, czy ubiciem piany mikserem ;-) Ale od początku.

1. Mąkę mieszamy z cukrem i proszkiem do pieczenia. Dodajemy margarynę, żółtka i śmietanę, po czym zagniatamy ciasto, zawijamy je w folię w chowamy do lodówki na 30 minut.
2. W czasie, kiedy ciasto leżakuje w lodówce, obieramy jabłka, kroimy je w kosteczkę lub ścieramy na tarce, a następnie mieszamy je z cukrem, cynamonem, kisielem (osobiście robiłam i wersję z kisielem i bez - obie bardzo dobre w smaku) i sokiem  z cytryny.
3. Białka ubijamy na sztywno, dodajemy cukier puder i budyń.
4. Rozgrzewamy piekarnik do 180 stopni.
5. Dzielimy ciasto na dwie części - z pierwszej rozwałkowujemy spód, który nabijamy widelcem (żeby równo wyrosło i się podpiekło) i pieczemy 10 minut.


6. Na podpieczony spód wykładamy masę jabłkową... 


a na nią budyniową pianę. 


7. Z pozostałego ciasta wycinamy paski, układamy na pianie w kratkę (oczywiście kratka jest tylko moim pomysłem, i choć może nie wygląda, to włożyłam w nią naprawdę całe serce :P), nabijamy widelcem...


i sru do piekarnika na 50 minut.


TA - DA - DAM!


Smacznego ;-)

niedziela, 9 listopada 2014

Czas dla dziecka: Historia mojej ciąży & jak moja intymna sypialnia stała się pokojem dla dziecka.

Oto nastał ten moment, kiedy wkraczam w 9 miesiąc ciąży i w każdej chwili mogę zniknąć stąd na dłuższą chwilę, dlatego postanowiłam opowiedzieć Wam o tym, jak odkryłam, że brakuje w naszym domu Zochy oraz o tym, jak moja intymna, pielęgnowana sypialnia, w ciągu pół roku stała się pokojem dziecięcym, pewnie na kolejne pół roku. No i o tym, jak mi to w ogóle nie przeszkadza ;-)


Pierwszy objaw ciąży?
Moja ciąża była w stu procentach planowana, dlatego pierwszy test zrobiłam zanim miał pojawić się okres (co z perspektywy czasu uznaję za chore, ale jak zobaczycie, będę bardzo narwana w kilku ciążowych kwestiach, więc robienie testu o wiele za wcześnie jest tylko namiastką). Na teście druga kreska wyszła tak blada, że tylko ja ją widziałam (ale widziałam!), dlatego w trybie natychmiastowym udałam się do lekarza. Mistrzu (tak będę go tu nazywać), kiedy usłyszał, że nawet termin okresu nie minął, popatrzył na mnie jak na wariata, jednak na USG pokazał mi pęcherzyk ciążowy. Był to 5 tydzień ciąży, a co za tym idzie, sam początek, a pęcherzyki w tym okresie w 50 procentach same obumierają - wiecie co czułam, kiedy wyszłam ze zdjęciem pęcherzyka i świadomością, że mam się zgłosić za 2 tygodnie, kiedy to będę, albo nie będę w ciąży? Kiedy miałam to zdjęcie w ręce i chciałam już od razu całemu światu powiedzieć, a nie mogłam? Przez moje narwanie były to najdłuższe 2 tygodnie mojego życia.


Czy miałam mdłości?
Pierwsze trzy miesiące były dla mnie okrutne - jako osoba, która w życiu nie miała mdłości, nagle doznałam ich w najgorszej i najmocniejszej wersji. Najpierw był ślinotok - i tu proszę sobie nie wyobrażać mnie z wodospadem cieknącym z kącika ust ;-) Po prostu czułam, że cały czas muszę przełykać ślinę. Byłam też cały czas głodna, a samo otwarcie lodówki (ba! pomyślenie o otwarciu lodówki) kończyło się sprintem do toalety, z którą zaprzyjaźniłam się na te pierwsze miesiące, jak z żadnym innym sprzętem w domu. Nietolerancja na smak i zapach pasty do zębów była równie mocna, ale oszczędzę Wam opisu codziennego mycia zębów, bo moglibyście pożałować, że to przeczytaliście. Brzuch rósł, reszta ciała chudła, przez co w 2 miesiące schudłam 6 kilogramów. Punktem ostatecznym mdłości I trymestru było moje wesele, gdzie byłam chuda, ale mogłam już wszystko jeść ;-)

Dobra rada Skalskiej:
Internet jest zbawieniem w wielu kwestiach, ale również czasami bywa przekleństwem. Kiedy tylko coś mi się działo, wujek google podsyłał mi tak przeróżne odpowiedzi, że raz wydawało mi się, że umieram, a wujek mówił, że to normalne, a raz czułam się dobrze, a wujek podsyłał mi takie anomalie, że miałam wrażenie, że jestem ich wszystkich posiadaczką. Doszło do tego, że idąc do Mistrza z wynikami badań, które zawsze odnotowywał w mojej książeczce ciążowej jako "norma", ja na siłę chciałam wmówić mu, że na bank mi coś jest. Popadłam w taką paranoję, że w 5 miesiącu ciąży, w wyszukiwarce zostało zablokowane mi wyszukiwanie czegokolwiek ze słowem "ciąża", zablokowane prawie siłą... ;-) Ale dzięki temu, po rozmowach z Młodymi Mamami i otrzymaniu mądrych książek (o których poniżej), nagle ozdrowiałam! Gdybym mogła cofnąć czas, na pewno sama oszczędziłabym sobie frustracji i stresu, nie czytając ślepo tego, co podsyła mi internet.


Ulubione uroki II trymestru?
W drugim trymestrze mogłam wszystko, choć to wszystko było trochę na wariackich papierach - potrafiłam mieć przypływ energii rano, po czym w południe padałam, jak dziecko i spałam pół dnia, żeby wieczorem znów wrócić do życia. Jadłam wszystko, więc tyłam tyłam i, ku mojemu przerażeniu, tyłam. Tak, jedzenie wszystkiego i zwalanie tego na ciążę, było moim ulubionym urokiem tego czasu ;-)

Czy miałam jakieś zachcianki?
Tak szczerze, to nie. W pierwszym trymestrze jadłam bardzo dużo owoców, bo tylko one nie miały intensywnego zapachu (czytaj: nie śmierdziały mi, jak cała reszta). Być może to kwestia tego, że z natury jestem wszystkożerna i nie ma chyba dania, którego nie lubię. Po prostu lubię dużo i dobrze zjeść ;-)

Ile przytyłam w ciąży?
Patrząc na to, że wkraczam w 9 miesiąc, gdzie podobno już niewiele się tyje, dodając i odejmując wahania wagi z samego początku ciąży, do tej pory przytyłam zacne 10 kilogramów.


Czy chodziłam do szkoły rodzenia?
Nie. A czy to był dobry, czy zły wybór, opowiem Wam, jak urodzę. Oczywiście, że boję się porodu, ale nie tak bardzo, jak opisują to inne kobiety. Nie boję się krwi, nie boję się bólu (tak, wiem, mogę się zdziwić), a decydując się na dziecko, decydowałam się gratis na całą otoczkę. Uważam, że poród jest czymś naturalnym i trzeba to przeżyć. Bardzo pomogła mi książka "W oczekiwaniu na dziecko", która jako pierwsza z gatunku trafiła w moje ręce, w której można znaleźć odpowiedź na każde nurtujące pytanie. "Język niemowląt" natomiast, to konkretnie napisana książka, bez żadnego owijania w bawełnę, i promowania "jakie to wszystko jest cudowne" - jest cudowne, ale trzeba się tego nauczyć. Cieszę się niezmiernie, że wiele moich koleżanek również zdecydowało się na swoje pociechy w 2014 roku, przez co napatrzyłam się już trochę na te maleństwa, tym bardziej, że z porodem zostałam już tylko ja ;-)

Jedyne, czego się boję to to, że tak naprawdę nie wiem, kiedy to się zacznie. Jako, że wszystko mam zawsze zaplanowane, poukładane i rozpisane, tu sytuacja jest jedną wielką niewiadomą ;-)


Czy bardzo zmieniła się moja garderoba w ciąży?
I tu ukłon niski i podziękowania dla Młodych Mam, których radzę się w niektórych sprawach na facebooku, które piszą mi szczerze, a ja ich słowa biorę sobie głęboko do serca. Gdyby nie to, zapewne w 3 miesiącu ciąży, kiedy nie miałam jeszcze brzucha, miałabym już trzy szafy ubrań, które teraz okazałyby się zbędne. Przez całą ciążę moja garderoba powiększyła się jedynie o 2 pary spodni ciążowych. Prócz tych spodni, nie kupiłam nic ciążowego do ubrania.

Za to moje dziecko jest wyposażone w nadmiar ubrań, co najmniej do 3 roku życia, co zaowocowało nową szafą, która znalazła się w trybie natychmiastowym, w porównaniu z moją, o którą walczyłam rok ;-)



Więcej o ubrankach możecie przypomnieć sobie tu: "Wyprzedażowe ubranka, lato 2014.", a o całej reszcie w zakładce "DZIECKO" w kategoriach, po prawej stronie bloga. O wózku pisałam już tu: "Bebetto Luca 3w1...", a wszystko, co drewniane, zrobił mi jak zwykle Tatuś.


 Aktualizując post, który napisałam przed weekendem, przed wizytą u Mistrza, okazało się, że Zosi bardzo śpieszy się na świat i zostałam Skalską spakowaną do szpitala, leżącą i odpoczywającą w stu procentach, co by jeszcze co najmniej z tydzień na tych "wczasach" poleżeć. Życzcie mi powodzenia i do zaś! ;-)

środa, 5 listopada 2014

Strój dnia: Wełniana, oversizowa marynarka z Zary + dużo dużo czerni.


Jakby to nie zabrzmiało, zostałam dziś zrobiona na szaro ;-) W roli głównej widzicie dużą, wełnianą marynarkę, którą bliżej przedstawiłam w poprzednim poście. Dziś łączę ją z czernią (bo znów daję się przyłapać na tym, że 3/4 zawartości mojej szafy jakimś cudem zrobiła się czarna) - bawełnianą sukienką i legginsami. W dodatkach też szaleństwo: czarna torba, czarne botki i czarne okulary, mało brakło i na głowie też zawitałaby czapka w tym kolorze, jednak ostatecznie jest szara. Także, dziś Skalska w wersji monotonnej, codziennej, prosto z 34 tygodnia ciąży, gdzie po samej mojej minie można wnioskować, że nic mi się nie chce i pomimo panicznego strachu przed szpitalami, powoli pakuję się na porodówkę ;-) Enjoy!


Płaszcz: Zara (secondhand). Torebka: stylowebuty.pl. Buty: Stradivarius. Czapka: H&M.

♫ Lorde - Royals

niedziela, 2 listopada 2014

Kuchenne rewolucje Skalskiej: Przepis na kruche ciastka z cukrem kandyzowanym, cynamonem, kakao i orzechami włoskimi.


Dziś na szybko, chciałam podziękować wszystkim osobom, które podsyłają mi maile, bądź martwią się w komentarzach o moje zdrowie i aktualny, podobno błogosławiony stan - czuję się bardzo dobrze, połowa ósmego miesiąca za mną, co oznacza, że ostatnia prosta przede mną ;-) Póki co, przemeblowuję i przystosowuję dom dla nowego członka rodziny, a w wolnych chwilach zamykam się w kuchni i, jakby to nie zabrzmiało, spędzam dużo czasu siedząc przy piekarniku. I nie zagłębiając się dalej w temat, przedstawiam Wam dziś przepis na ekspresowe, kruche ciastka z cukrem kandyzowanym, cynamonem, kakao i orzechami włoskimi.

Składniki:
60 dkg mąki
1 kostka margaryny lub masła
20 dkg cukru pudru
2 żółtka, 1 całe jajko
2 łyżki śmietany - jak się dzisiaj okazało, jeśli nie macie, to nic się nie stanie ;-)
 1 łyżeczka proszku do pieczenia
cukier kandyzowany
cynamon
kakao
orzechy włoskie

Wszystkie składniki zagniatacie w ciasto (ja zrobiłam dwa ciasta, do jednego dodałam 3 łyżki kakao, przez co ciastka są ciemne i inne w smaku):
 

Rozwałkowujecie na grubość około pół centymentra, wykrawacie kształt jaki chcecie i układacie ciastka na blaszce. Następnie pędzelkiem nakładacie białko na każde ciastko, potem posypujecie cukrem, cynamonem i orzechami (każdym z osobna lub wszystkim na raz):


I po tym etapie ma to wyglądać tak:


Następnie sru do pieca rozgrzanego do 170 stopni na całe 15 minut, po których wyciągacie gotowe, pachnące ciastka ;-) Enjoy!