czwartek, 10 grudnia 2015

MY HOME: Choinka 2015!


Trzy lata mieszkania w Zakopanem, trzy prawie identyczne choinki - miało być oryginalnie, a wyszło wręcz przeciwnie ;-) 


Po lewej wersja numer jeden, ale po godzinie Zonia stwierdziła, że jednak musi spać w łóżeczku ze wszystkimi pandami na raz, dlatego powstała wersja druga:


No i nic więcej twórczego, ani odkrywczego nie mogę napisać, dlatego poniżej pokażę Wam, jak najmłodszy członek rodziny zachowywał się w przedświątecznym szale ;-)


Wytrzymałość bombek przetestowana, wszystkie, które były w zasięgu ręki są już na podłodze, klujące igły miały odstraszać, a cieszą się takim zainteresowaniem, że aż mnie to przeraża, a woda z podajnika to w ogóle petarda! Wy ubierzecie choinkę raz, a ja czuję, że będę ją od połowy ubierać codziennie późną nocą - no życie, no życie, wiem ;-) Enjoy! ;-)

środa, 9 grudnia 2015

MY HOME: Żółta sofa z Ikea i pierwsze prezenty świątczne.


 Jeśli pamiętacie, to jest ta ściana, na której była najpierw parzenica, potem Audrey Hepburn (klik), potem znów parzenica, a do ubiegłego tygodnia była pusta szara ściana (na którą chwilowo powróciła Audrey, ale niestety to już nie było to) i pusty kąt. Myślałam, że w tym roku odwlekę zakup czegokolwiek w to miejsce (bo nie miałam żadnego pomysłu) i postawię tam choinkę, jednak podczas ostatniej wizyty w Ikea zakochałam się w tej sofie! Pasuje rozmiarem idealnie, goście już nie leżą na dywanie i całkowicie ożywiła szaro - biało - czarne pomieszczenie. Jeśli ktoś zastanawia się nad tym kolorem, to powiem, że też byłam bardziej przychylna do drugiego dostępnego koloru, szarego (patrząc, że ulubionym zajęciem Zoni jest aktualnie roztapianie czekolady na palcach i malowanie po wszystkim), jednak już po pierwszym dniu w domu, na sofie wylądowała kawa, czekolada, czerwone wino i mleko modyfikowane, a wszystko zeszło po jednym przetarciu ścierką z mydłem - no sofa cud! ;-)


Resztę gadżetów wyniosłam z H&M HOME.


Wracając do drugiej części tytułu dzisiejszego wpisu, to powiem Wam, że w tym roku wydarzyło się tyle w moim życiu, że stwierdziłam, że muszę nauczyć cieszyć się tym, co mam, bardziej to doceniać, spędzać więcej czasu z rodziną i znajomymi i nie wiecznie narzekać, że nie mam pieniędzy, czasu, ani humoru, tylko ścisnąć cztery litery, zrobić dwa przysiady i dwa głębokie wdechy i iść do przodu. Miałam kupić samochód, poleciałam na wakacje do Grecji, miałam kupić nowy stół do jadalni, kupiłam aparat, który był moim nieosiągalnym marzeniem od kilku lat, bo nigdy nie miałam tej odpowiedniej kwoty "na zbyciu", żeby go kupić. Kupiłam nawet pod choinkę mężowi PS4, choć pamiętam, jak jojczyłam na XBOX'a, którego w ostateczności pozbyłam się z domu i pierwsza leciałam z nim na pocztę, żeby szybko wysłać, żeby mąż się nie rozmyślił ;-) Wszystko mi się pozmieniało, bo kto wie, czy za rok nie przejedzie mnie koń na Krupówkach, czy te czubki ze wschodu nie zwariują do końca, a ja wtedy będę sobie pluć w twarz, że tyyyyle rzeczy nie zrobiłam w życiu. Prawda?

Koniec jojczenia, bo znowu zaczynam, wiem.

 
Powyżej Zonia, po lewej na początku świątecznego maratonu, po prawej na końcu. Bo tak w sumie, to już kończymy, w tym roku wyjątkowo wcześnie. Nawet wczoraj choinka wjechała nam do domu, ale pokażę ją Wam, jak znajdę chwilę czasu, żeby coś na niej powiesić, bo na razie stoi goła i wesoła. A najgorsze, że taka mi się podoba ;-)

PS Poszukuję prezentów dla rodziny płci męskiej (wiek 30+), bo ja nigdy nie wiem, co kupić facetom na gwiazdkę.
Pomóżcie w komentarzach, błagam ;-)

poniedziałek, 7 grudnia 2015

Grudzień w Zakopanem, czyli w poszukiwaniu Świętego Mikołaja.

Tegoroczne Święta będą zdecydowanie wyjątkowe - pierwsze Święta z Zonią, pierwsze urodziny Zoni, pierwsza jej choinka i prezenty. Dla mnie też będzie magicznie, no bo w końcu w tamtym roku całe Święta spędziłam w szpitalu, do tego w Szczepana, zamiast kolędować po chałupach, ja przeżyłam 22 godzinny poród, także nie ma się co dziwić, że czekam na tegoroczny, błogi czas, jak na zbawienie ;-) Zanim zamkniemy się całkowicie w świątecznych przygotowaniach, pokażę Wam, jak w grudniu wygląda Zakopane, w tym grudniowym okresie, kiedy nie ma jeszcze turystycznego szału, jest cicho i spokojnie, ale też kiedy powoli pojawiają się oznaki nadchodzących Świąt.


 Powyżej, na pierwszym zdjęciu widok z mojej sypialni, widok bez śniegu, no bo śniegu na razie nie ma! ;-) Łapię się na tym, że kiedy pokazuję Wam poranki na Instagramie, pokazuję prawie zawsze na tym domu. Uwielbiam to okno i przeniesienie sypialni w to miejsce w domu było strzałem w dziesiątkę! Ciekawostką na dziś niech będzie to, że to dom Anieli ze "Szpilek na Giewoncie", co zapewne każdy fan tego filmu rozpoznał ;-)
Drugie zdjęcie pokazuje, że choinka przy oczku wodnym na Krupówkach właśnie złapała pion - oficjalnie sezon świąteczny uważam za rozpoczęty!


 Dla kontrastu śnieg sprzed dwóch tygodni - powyżej u Gąsieniców, poniżej na mieście ;-) I poniżej też choinki, którymi zachwycam się podczas nocnych spacerów po mieście. I które mają swój sekret - czasami przechodząc w nocy możecie usłyszeć stukot butelek, bo siedzą w nich żulki i grzeją się winem. Kiedy to pierwszy raz odkryłam, spierdzielałam jak sprinter do domu, teraz głośno potrafię powiedzieć im "na zdrowie!" :D


Powyżej - tyyyyle piękna w Hotelu Aries.


 No i odnalazłyśmy Świętego Mikołaja, a Zonia naściemniała, jaka to grzeczna była i prezentów dostała cały worek. A ja ani jednego, cóż... chyba nie muszę komentować ;-)


Z pozdrowieniami, hej!

sobota, 21 listopada 2015

Instagram MIX - listopad 2015!


ZONIA po raz pierwszy!



 

 WŁOSY: Jak widać, w ciemnym brązie wytrzymałam miesiąc, a za obecne pojaśnienie odpowiada moja siostra 
(oj czego myśmy w duecie na włosach nie robiły :-))


Happy Family!


ZONIA po raz drugi!


MY HOME: DIY1. DIY2. DIY3



A po całą resztę zapraszam tu:
https://www.instagram.com/kasia.gasienicowa/

Enjoy! ;-)

środa, 4 listopada 2015

Bebetto Luca - moja opinia po roku używania.

Za miesiąc minie rok, odkąd przyjaźnię się z wózkiem Bebetto Luca! Myślę, że rok, to jest odpowiedni czas, by obiektywnie spojrzeć na funkcjonalność i stan tego sprzętu, dlatego, z racji tego, że już kilka razy pojawiła się prośba o taki post w komentarzach, dziś Wam o tym opowiem.

Tuż przed urodzeniem Zośki, szukaliśmy wózka - najpierw był przegląd: "Przegląd wózków wielofunkcyjnych - Bebetto Luca.", potem wybór: "Bebetto Luca 3w1 - mój wybór wózka dla dziecka!"
Nie będę tu opisywać wózka, bo wszystko znajdziecie w dwóch powyższych linkach, ja dziś skupię się na wrażeniach i stanie wózka po przeżyciu roku na Podhalu ;-) Jedyną informacją przypominającą model, to wersja wózka w kolorze 230, z białym, aluminiowym stelażem, pompowanymi kołami i kolorem nosidełka 131.

Ogólnie.
Stelaż + nosidełko - cudowna, lekka sprawa przy wyjazdach do przychodni na szczepienia. I to pierwsza myśl, która przychodzi mi do tego zestawu, bo używałam go sporadycznie, wolałam gondolę. Aczkolwiek kilka razy zdarzyło nam się z nim przespacerować. Wielki plus przy szybkim manewrowaniu w sklepach ;-)


Stelaż + gondola - producent na opakowaniu informuje, że stelaż + gondola to 13 kg, dodając wagę dziecka (tu Zoni, w kombinezonie i kocach, bo to był grudzień i zima), myślę, że u mnie wychodziło około 18 kg. I była zima, zima w Zakopanem, śniegi po pas, nieodśnieżone chodniki i codzienne spacery. Czy 18 kg to dużo? Jako młoda matka miałam tyle energii i adrenaliny, że po 6 tygodniach ważyłam mniej niż przed ciążą, ale w ogóle nie mogę powiedzieć, że było mi ciężko pchać ten wózek. Wydaje mi się, że gdyby Zonia urodziła się w lecie, a ja przyzwyczajona do jazdy po suchych chodnikach, nagle zostałabym zaskoczona przez zakopiańską zimę, mogłabym narzekać i coś jojczyć, jednak pierwsza zima za nami, a wózek odwalił naprawdę kawał dobrej roboty. Tłukliśmy nim niemiłosiernie przez te zaspy i wydaje mi się, że nie każdy wózek dałby radę w takich warunkach.


Stelaż + spacerówka - na spacerówkę przesadziłam Zonię dosć szybko, bo w marcu, kiedy jeszcze był śnieg, a Zonia miała około 3 miesięcy. Chyba wtedy zaczęło być mi ciężko z gondolą, Zonia zaczęła interesować się wszystkim dookoła i nie chciała leżeć na płasko, i pamiętam dzień, kiedy wyjechałam pierwszy raz ze spacerówką - pomyślałam, że jest to wózek idealny! ;-) Nie wiem dlaczego, bo wg producenta spacerówka jest tylko 1 kg lżejsza, jednak jakaś taka zgrabniejsza, mniejsza i bardziej zwrotna. Każda matka mi tu pewnie potwierdzi, jaką cudownością jest na przykład samodzielne otwieranie drzwi, nachylając się nad wózkiem - jak nie mogłam tego zrobić nad gondolą, tak nad spacerówką bez problemu. I chyba dzięki temu czułam się ze spacerówką, jak królowa szosy, przez co złego słowa na ten zestaw nie powiem.


A jak Zonia chce spać, to spacerówka rozkłada się na płasko i ma fajny podnóżek, a gondola nie ma.
A Zonia bardzo ceni sobie wygodę ;-)


Rozmiary.
 Wymiary gondoli 77x34x21(cm)
Wymiary siedziska spacerówki 50x31x24x23(cm)
Wymiary wózka złożonego 88x33(cm)
Wymiary wózka rozłożonego 119x106x61(cm)

Osobiście, w życiu bym tego nie zmierzyła przed kupieniem wózka, dlatego w ogóle mnie to nie interesowało wcześniej. Interesowało mnie najbardziej w rozmiarach, jak wysoko jest rączka, bo moje Mężo ma 2 metry wzrostu i też czasami chodzi na spacery ;-) Oczywiście regulacja rączki: min 76 max 112(cm), oczywiście dla niego o jakieś 5 cm za mało, ale musi cierpieć, co by za dobrze w życiu nie miał. To jest jedyny minus wózka, który każe tu przekazać moje Mężo.

Co do innych wymiarów, to chyba najlepiej porównać sobie z innymi wózkami, jeśli ktoś się waha, bo ja nie mam porównania. Mogę powiedzieć, że fajnie, jednym przyciskiem składa się do samochodu, rozkłada jeszcze szybciej, stacjonuje u nas w domu i jeszcze nikt się o niego nie potknął, dlatego do rozmiarów tego wózka również nie mogę się przyczepić.

Pompowane koła.
Pamiętam, jak wiele osób mnie przed nimi ostrzegało - że pękają na każdym zakręcie, że będę szukać i sprowadzać nowe koła, bo dętek to w ogóle nie dostanę. Ale ja się uparłam, bo bardziej przestraszyłam się piankowych, wygniecionych i uszczerbanych kół, które widziałam. Jak to ryzyk - fizyk, nasza Luca codziennie jeździ wcale nie po cudownych chodnikach, bardzo często po drodze Pod Reglami, kamieniach i dziurach, zjechała nawet z Gubałówki, i nasze koła są w stanie idealnym, od nowości.


Biały stelaż.
A mowili, że będę jeździć ze szmatką i pięć razy dziennie go czyścić, a że to każdą rysę będzie widać, a to, a tamto. Ja po prostu lubię biały kolor pod każdą postacią i wiedziałam, że stelaż musi być biały. Po roku stwierdzam, że jak na miejskie chodniki, wózek jest cudowny i przecieram go chusteczką nawilżoną naprawdę od wielkiego dzwonu (czytaj raz na 2 miesiące), po wycieczce w góry wyciągam same koła i wrzucam pod prysznic. Bywałam z nim natomiast u mamci na wsi i wtedy zaczynała się zabawa - jako pedantka, rzeczywiście potrafiłam go czyścić z kurzu raz dziennie ;-)
 Co do odrapań i rys, to powiem Wam, że biały stelaż był strzałem w dziesiątkę! Szanujemy i uważamy na wózek, jednak kilka zadrapań oczywiście się zdarzyło i wtedy z pomocą od razu przyszła...  biała farbka olejna lub zwykły korektor :P Rysa zniknęła w kilka sekund, w przypadku srebrnego lub czarnego stelażu myślę, że tak szybko by nie poszło.


Wypłowiały kolor.
I tu Wam powiem, że ja to w ogóle chciałam kolor czarny, jednak poszłam na kompromis z Mężo i wybraliśmy kolor ciemnoszary. Nie mogę powiedzieć, że wypłowiał, bo gdyby mi ktoś tak powiedział, to wyobraziłabym sobie jakieś plamy, odbarwienia, czy inne paskudztwa. Nasz kolor delikatnie pojaśniał, jednak zauważyć to można dopiero, kiedy przyłożę do niego parasolkę, która leży w pudle od nowości. Kolor jest minimalnie jaśniejszy, ale po całości.

Minusy.
Prócz tego, że jest za mała regulacja wysokości rączki dla mojego Mężo, zauważyłam jeszcze jeden minus. A właściwie zauważyłam nie tylko ja, jak się okazało. Kiedy przesiadłam się na spacerówkę, po jakimś tygodniu zaczęła mi opadać buda, a to niestety jest podstawowy problem, jeśli ma się do czynienia z silnymi wiatrami, opadami czy podskakiwaniem wózka na kamieniach. Dostawałam szału i zaczęłam googlować, jak to ja. Okazało się, że jest to bardzo częsty problem tego modelu (właściwie nie wiem jak z innymi), dlatego postanowiłam napisać do serwisu Bebetto. Na odpowiedź mojego maila czekałam, żeby Was nie skłamać, 2 godziny, a jeszcze tego samego dnia wysłano mi małą, zapasową część, którą podobno bez problemu miałabym sobie zamontować. Bezpłatna paczka przyszła na drugi dzień, jednak wcześniej znalazłam dobrą radę zaradnej matki (oczywiście w googlach), która dokręciła jedną śrubę i wszystko było cacy. Także, zanim części przyszły, ja już dokręciłam, co miałam dokręcić, i do dziś jest w porządku. Niech żyje sprawny serwis Bebetto! Niech żyją google!


Podsumowanie.
We wrześniu dokupiliśmy lekką spacerówkę, tak zwaną parasolkę, głównie na potrzeby wyjazdu na wakacje i strachu przed zniszczeniem wózka w samolocie (przyuważcie kiedyś na lotnisku, jak "delikatnie" panowie obchodzą się z wózkami, wrzucając je do samolotu). Jako, że jest lekka i fajna, zachwyciłam się nią, i jesień przejeździłam. Nie wyobrażam sobie jednak nie powrócić do Bebetto Luca na nadchodzącą zimę, czyli w Zakopanem już ;-) Po roku użytkowania, jestem nadal zachwycona tym wózkiem i dalej tak samo polecam.

PS
Polecam wszystkim, kilku znajomych pewnie może podpisać się pod dzisiejszym postem, kilka modeli wyjechało ze sklepu na moich oczach ;-)
Oto Zonia w Luce i jej best friend Szymek, również w Luce. 
Szymek grzeczny, Zonia jak zawsze ;-)

czwartek, 29 października 2015

WŁOSY: Moja jesienna regeneracja włosów - kauteryzacja w domu.


Jesień to idealny czas na regenerację włosów zniszczonych przez letnie słońce i przygotowanie ich odpowiednią pielęgnacją przed zimą, mrozami i czapkami.
Jak już Wam wspomniałam we wpisie "Semi Di Lino Reconstruction by Alfaparf Milano, czyli zabieg kauteryzacji w domu.", ja w tym roku postawiłam na szybką i dosadną regenerację olejem bambusowym, czyli kauteryzację.
Teoria była w poprzednim wpisie, dziś czas na praktykę.

Do wykonania jednorazowego zabiegu potrzebuję poniższej dawki (+ szampon i prostownica), a ile potrzebujecie Wy, to oceńcie sami, czytając wpis z powyższego linku.


1. Włosy myjemy szamponem regenerującym. I tu muszę dodać, że mam włosy bardzo grube, bardzo ciężkie i zniszczone zabiegami fryzjerskimi, przez co podczas mycia plączą się okrutnie i próba rozczesania ich bez użycia maski/odżywki nie wchodzi w rachubę. A tu tak trzeba! Dlatego mój sposób jest taki, że przed myciem szczotkuję je z głową opuszczoną w dół (w takiej pozycji, w jakiej wiszę nad wanną przy ich myciu), następnie delikatnie zapieniam przy nasadzie, wykonuję masaż skóry głowy i delikatnie przeciągam po całej długości. Dzięki temu unikam klasycznemu szorowaniu włosów (co jest złe złe złe!), a mimo to, włosy mam idealnie umyte.

2. Po myciu rozczesujemy włosy. O ZGROZO! Pomimo tego, że mam swój trik z głową opuszczoną w dół, samo rozczesanie włosów bez odżywki zajmuje mi około 10 minut. Następnie rozdzielamy je na 2centymetrowe pasma i podpinamy.

3. Na każde pasmo nakładamy olejek i przejeżdżamy prostownicą kilkakrotnie, żeby ciepłem zamknąć go wewnątrz włosa. I nie bać się odgłosów, które będą przypominały palenie włosów (tak, dobrze przeczytaliście), jeśli dokładnie naniesiecie olejek, włosom nic złego się nie stanie. I tak pasmo po paśmie, całą głowę.

4. Kiedy mamy już zamknięty olejek we włosie, myjemy ponownie głowę szamponem.

5. Po myciu nakładam maskę regenerującą na 5 minut. Spłukuję wodą.

6. Na koniec, na umyte włosy i osuszone ręcznikiem aplikuję lotion. I koniec!

Poniżej przedstawiam Wam moje efekty przed i po. 
ZAZNACZAM:
 - Na poniższych zdjęciach mam sfotografowane włosy tuż po wykonaniu zabiegu i wysuszeniu ich suszarką. Bez użycia szczotki ani prostownicy (takie zdjęcia nie miałyby najmniejszego sensu, po wyprostowaniu włosy zawsze wyglądają super).
- Między pierwszym, a drugim zdjęciem jest różnica 3 tygodni - kuracja trwała 1 raz w tygodniu przez kolejne 3 tygodnie.
- Dwa różne kolory włosów przez światło, dlatego zamieszczam Wam oba porównania.



Jak naprawdę oceniam ten zabieg?

Jak gołym okiem można zobaczyć, włosy są bardziej ujarzmione, całkiem inne w dotyku i bardziej podatne na układanie. Prostowanie zajmuje mi zdecydowanie mniej czasu, ograniczam się teraz tylko do przeprostowania końców, które zawsze żyją u mnie swoim życiem. Włosy w samym dotyku są zdrowsze, jak już wcześniej sprawdziłam, efekt ten utrzymuje się do 3 miesięcy, zabieg jest łatwy do wykonania w domu, cena kosmetyków przestępna, dlatego osobiście szczerze polecam.
(Za kosmetyki dziękuję Hairstore, Wam polecam zaglądnąć do ich asortymentu, gdzie kupicie wszystkie cuda, potrzebne do tego zabiegu w promocyjnych cenach).

Jeśli macie jakieś pytania, czekam w komentarzach pod tym postem, hej! ;-)

niedziela, 11 października 2015

Instagram mix - wrzesień/październik 2015!


JA, JA i JA.


Zonia!


DUET ROKU.


LOVE.


WŁOSY: Fryzura pięciominutówka. | Zmiany, zmiany. | Kauteryzacja - moja jesienna rekonstrukcja włosa.


NEW IN: DeeZee. | Górale, że hej! | DIY. | Słoń Torbalski.


DOBRE MIEJSCE W ZAKOPANEM: Cafe Tygodnik Podhalański (niezmiennie). | Trattoria Adamo (niezmiennie). | Meta Seta Galareta (niezmiennie).

Reszta jak zwykle na Instagramie:

https://instagram.com/kasia.gasienicowa/