środa, 31 maja 2017

3 rocznica ślubu, czyli przeżyjmy to jeszcze raz!

Trzy lata do przodu, dwójka dzieci do przodu, a... kota dalej nie kupił! ;-)

Nie ma się co rozpisywać więcej, zapraszam do dwóch galerii poniżej, hej!

Galeria ze ślubu i wesela: 
 
kasia-skalska.blogspot.com/2014/07/my-wedding-historia-pewnego_1.html
  Galeria z pleneru ślubnego:
http://kasia-skalska.blogspot.com/2014/08/my-wedding-moj-plener-slubny-nosal-cafe_19.html

wtorek, 30 maja 2017

WŁOSY: Co zrobić, kiedy fryzjer zepsuje nam włosy na amen, a my jeszcze zapłacimy mu za to dwie stówy.

Ten post zaczynam pisać, wbrew pozorom, w wyśmienitym humorze, ale z każdą linijką, kiedy zacznę przypominać sobie, co zrobił mi fryzjer na głowie tydzień temu, mój humor będzie przechodził w agresywny, złośliwy i podły. No ale sami pod koniec, nie tyle przeczytacie, co nawet zobaczycie dlaczego.

Nie raz, nie dwa, nie sto razy pisałam, że odkąd mieszkam w Zakopanem (a mieszkam prawie 5 lat), bardzo, ale to bardzo chciałabym znaleźć sobie fryzjera, który miałby najmniejsze umiejętności dotyczące strzyżenia (bo obcinam, a właściwie podcinam włosy raz do roku), oraz miał blade pojęcie o blondach (bo choć to trudny temat, tak ciekawe blondy są na tapecie od dobrych kilku sezonów i wystarczyłoby uważać na dwóch szkoleniach i można trzaskać takie cudeńka, że ach!). I od tych pięciu lat mam zasadę, że szukam tego fryzjera w tym mieście, i odwiedzam te salony, nie powiem, ale prawda jest taka, że po wyjściu z nich, najczęściej mam roczną przerwę i uraz do tego zawodu. Tak, ja fryzjer, mam uraz do tego zawodu, wyklinam, przeklinam i w ciągu tygodnia sama w domu przeprowadzam na sobie czary mary, które pomagają mi wrócić do jakiegoś, w najmniejszym stopniu, normalnego stanu. Do stanu, w którym mogę wyjść z domu.

I tak tydzień temu, fryzjer, którego nota bene kilka dziewczyn mi poleciło, zrobił mi taką manianę, że muszę Wam tu pokazać i zostawić w internecie dla potomnych. Ale żeby było ciekawiej, ja zapłaciłam mu jeszcze za to dwie stówy!

Tydzień temu byłam blondyną, taką blondyną po całości - od kilku miesięcy wierna farbie Syoss 10.51 Mroźny blond, który z moich opornych na rozjaśnianie włosów robił fantastyczny kolor (patrz poniżej). Lubiłam go, nie powiem, a jak teraz patrzę, to nawet powiem, że kochałam! Ale ostatnio, pociążowe hormony sprawiają, że włosy nie tyle wypadają mi garściami, co równie szybko rosną, a to doprowadziło do tego, że musiałam malować odrost prawie co tydzień (moje włosy naturalne, choć są koloru mysiego blondu, to przy tak jasnej całości wyglądały jak czarne, co doprowadzało mnie do szału). Oczywiście dodam, że maluję je sobie sama, więc z zasadą "co z oczu, to z serca", przód zawsze malowałam starannie i dobrze, ale co działo się z tyłu, tego to już nie wiem. Rok temu włosy ścięłam na boba, od tamtej pory nożyczek nie widziały, a ostatnio po każdym myciu przybierały formę trójkąta, nie układały się wcale, nawet trudno było je dobrze wyprostować, dlatego postanowiłam, że skoro tego fryzjera mi polecono, to zaryzykuję i pozwolę mu dotknąć moich włosów nożyczkami.


Co chciałam osiągnąć i co powiedziałam fryzjerowi?
Strzyżenie: wystopniowanie dołu, na długości nie większej niż 10cm, nie ścinanie włosów z długości ani o milimetr.
Koloryzacja: zrobienie ciemniejszego odrostu, w kolorze zbliżonym do mojego mysiego, naturalnego blondu, żebym nie musiała tak często malować odrostów, oraz zapienienie całości lekkim beżem (no ale żeby został blond, bo lubię siebie w blondzie), bardziej na zasadzie wyrównania tego, co mam z tyłu i czego być może nie domalowałam kiedyś tam.

(I teraz jestem pewna, że 99% czytających dzisiejszy wpis zrozumie, o co mi chodziło, i jak zobaczy, co zrozumiał fryzjer, złapie się za łeb, a komentarze pod tym postem będę musiała grubo moderować.)

Dodam, że siedząc na fotelu, nie przyznałam się, że jestem fryzjerem i byłam bardzo zainteresowana paletą, którą dostałam na wstępie. Doskonale wiem, jakie beżowe kolory wskazałam fryzjerowi, właściwie wyrecytowałam numery, które dobrze przemyślałam sobie w domu. Do tego dodam, że byłam blondyną blondyną - przyciemnienie tych włosów, nie oszukujmy się, nie jest robotą najwyższych lotów, nie ma tu rozjaśniania, niwelowania rudych odcieni, czy zielonych pasm - tu trzeba tylko nałożyć dobrze odpowiednią farbę! :-) No i nałożył ten fryzjer farbę, na pewno nie tą, którą ustaliliśmy. Na dodatek powiem, że dostałam karteczkę na odchodne z numerami użytych farb (i teraz, gdyby wiedział, że jestem fryzjerem, nie dałby mi jej nigdy - ani jedna farba wybrana przeze mnie nie została użyta, zostały zmieszane cztery kolory ZŁOTE, co dokładnie poczyniło te ochydne rudości, a mi przysporzyło dodatkowej roboty, bo pozbyć się ich nie będzie aż tak łatwo, jak namalować). Poza tym, chyba jestem innej szkoły, bo nie wyobrażam sobie dać takiej karteczki klientowi, "żeby jak coś, to następnym razem będziemy wiedzieć, co nakładać". NAPRAWDĘ? Zawsze mam bazę danych w telefonie, gdzie zapisuję każdą koloryzację i w życiu nie zapytałabym klienta, o ostatnią użytą farbę. Przecież to nawet absurdalnie brzmi, jak to piszę!
Strzyżenie nie będę opisywać, mam włosy krótsze o 10cm, z takimi schodami, że nie umiem tego nazwać i opisać. W sumie każdy widzi na zdjęciach.


Dodam, że zarówno w strzyżeniu, jak i kolorze czuję się się fatalnie, nijak i do dupy, jednak jak długości nie mam jak już uratować, tak kolor mogę, co na dniach Wam pokażę. Zwróćcie uwagę również na tę paletę odcieni, uzyskaną przez nałożenie dwóch mieszanek oraz przebijający się ciemny, centymetrowy odrost. Nie, tak nie powinno być.

No i oczywiście dwie stówy nie moje. Nie piszcie w komentarzach o tym, że nie zapłaciłybyście, trzaskałybyście drzwiami, albo fryzjerem o ścianę, o reklamacjach... Zawsze mam taką głupią wiarę w ludzi w tym zawodzie i po prostu więcej nie wracam w niektóre miejsca. I tyle. Nie chcę też podawać nazwy salonu, robię to celowo, bo pracuje tam kilku fryzjerów i mam nadzieję, to ja trafiłam do najgorszego, co nie może przekreślać całego salonu. Jeśli ktoś jest jednak bardzo ciekawy, adres podam tylko i wyłącznie mailowo, dalej mam coś popsute i nie mogę komentować własnego bloga. (Tak, no comment.)

No cóż, minął tydzień, ja już swoje wyklęłam, swoje powiedziałam na lajfach instagramowych, a kurier właśnie mi przywiózł mnóstwo kosmetyków, którymi, zgodnie z coroczną zasadą, będę teraz się naprawiać.

Moi Drodzy! Jak wiecie i widzicie, jestem częściej na Instagramie, gdzie Was serdecznie zapraszam. Zachęcam Was też do obserwowania, bo lada chwila dam info, ale najprawdopodobniej w czwartek/piątek poprowadzę tam transmisję live, na której pokażę Wam wszystkie kosmetyki, rozjaśniacze, farby, szampony, które w domowym zaciszu, po raz kolejny uratowały mi du... głowę. A dowiecie się tam, m.in. jakim środkiem, dostępnym w każdej kuchni, udało mi się ściągnąć połowę tej okropnej farby z włosów, jak szybko rozjaśnię całość, czym przyciemnię i stonuję odrost oraz jaką dosadną regenerację tym razem zastosuję. Bądźcie, pogadamy sobie ;-)